- Soniu, pozbierałaś już wszystkie kredki? - rozlega się donośny głos matki, która od rana piecze ciasta i muffinki, aby jak co piątek, dostarczyć je klientom na czas. Pojawia się jak zjawa w progu do niewielkiego pokoju na zapleczu cukierni, spogląda na swoją sześcioletnią córkę, która nawet nie zabrała się za sprzątanie swojego dziecięcego biurka.
- Tylko dokończę obrazek... - jęczy mała i pochyla się ponownie nad kartką zabazgraną dziecięcymi rysunkami.
- Nie mamy na to czasu, za kwadrans musimy wyjść - oznajmia starając się ukryć zniecierpliwienie , a jej wzrok skupia się na rysunku. - Co to jest? - pyta z trudem kontrolując swój zdenerwownay głos.
- Lisa - odpowiada dziewczynka i z zapałem kontynuuje kreślenie nieregularnych kształtów tworząc koślawą postać. W ułamku sekundy kartka znika z blatu biurka i zostaje zgnieciona w dłoni matki.
- Lisy nie ma i już nigdy nie będzie - warczy wściekle na dziecko, a jej oczach szaleje furia. - Masz zakaz wspominania jej imienia. Nigdy, przenigdy więcej - wyrzuca pognieciony rysunek do małego kubła na śmieci stojącego w kącie. - Ubieraj buty i kurtkę, wychodzimy. - ponagliła ją i wymaszerowała do kuchni widząc, że w oczach Soni zaczęły zbierać się łzy.
Nie chciała wystraszyć córki, ale temat Lisy musiał pozostać zakończony dla dobra wszystkich, a co najważniejsze dla dobra samej Soni.