Paryż, Francja, Luty 1996

Los Olivos, Kalifornia, Maj 2024

    Nie czuję dziś energii do gotowania ani sprzątania. Pozwalam sobie na totalne marnowanie czasu przed ekranem i pochłanianie niezdrowych ciasteczek, które z pewnością nie wspomagają mojego zdrowia. Zwłaszcza w moim wieku, gdy wszystko w moim organizmie powoli zaczyna szwankować. 

    Moja ręka z ciasteczkiem zastyga tuż przed rozdziawionymi ustami, gdy w domu rozległ się melodyjny dźwięk dzwonka do drzwi. Niespiesznie wędruję do przedsionka przekonana, że to znowu Megan z naprzeciwka. Nie znoszę jej plotkarstwa, ale nie znoszę też samotności, więc jej niespodziewane wizyty bywają pocieszne. Zerkam na zegar zawieszony nad głównym wejściem i już przygotowuję długą listę wymówek, aby spędzić resztę poranku na kanapie z moimi ciasteczkami. 
Tymczasem, gdy otwieram drzwi nie zastaję tam nikogo. Przede mną rozpościera się całkiem zadbany trawnik, o który troszczy się Klemens i szeleszcząca jabłoń po lewej stronie ogrodu. Czuję przyjemny powiew ciepłego wiatru okalający moją twarz, co dodaje mi trochę motywacji, aby dziś wybrać się na spacer. Lekarka wspominała, że nawet niedługie przechadzki dostarczą niezbędne ilości witaminy D3. Zerkam w prawo, zerkam w lewo, ale nie widzę żadnego z dzieciaków z sąsiedztwa, które mogłyby sprawić mi psikusa. Gdy spoglądam w dół widzę na wycieraczce pudełko z odręcznym napisem "Elizabeth" i moje serce niemal się zatrzymuje. Chwytam się odruchowo za klatkę piersiową, ale to nie pomaga. Biorę kilka głębokich wdechów i zamykam oczy, a gdy mój puls się uspokaja, schylam się i drżącymi dłońmi chwytam pudełko. Jest średniej wielkości, a jego ciężar nic mi nie podpowiada. Nie zwracam już nawet uwagi na to czy zamykam za sobą drzwi. Jak otępiała maszeruję do salonu i siadam na kanapie pokrytej okruchami ciasteczek. Wlepiam wzrok w elegancko wypisane duże "E" na pudełku i już wiem, że ona mnie znalazła. Moje oczy wypełniają ciepłe łzy, gdy zaczynam dostawać się do zawartości pudełka.